Wkurzona

Jestem wkurzona. Mega wkurzona. Moje dziecko znowu nie je. Jestem wkurzona przez swoją bezsilność. Nie mogę myśleć, nie mogę nic robić spokojnie. Gniew rozsadza mnie od środka. Zaciskam zęby, żeby z moich ust nie wytrysnął strumień nienawiści. Choroba zamiast się cofać, robi się, czy ja wiem – wielowymiarowa. Nie umiem z nią walczyć. Nikt nie uczy rodziców, jak sobie radzić. Nikt nie powie, co robić. Nie mogę spać, na niczym się skupić. Napięcie w rodzinie jest gęste. Namacalne.
Nie mogę uwierzyć, że to moje życie. Czuję się, jak w kiepskim filmie, kiedy patrzę na moje dziecko tarzające się po podłodze w poradni psychologicznej. Pełzające, jak niemowlak. To przeraża. Wywołuje ogromny lęk, z którym ciężko sobie poradzić.
Ana to zabójca rodziny. To zabójca mojego dziecka. Codzienne patrzę jej w twarz i nie wiem, co więcej robić.

Opublikowano Na wieki ana | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Kim jesteś?

„Pójdę za głosem swojego serca” – patrzysz na swoje dziecko i nie rozumiesz, co do ciebie mówi. Patrzysz, jak na kogoś zupełnie obcego. Pójdzie za głosem swojego serca? Tylko gdzie? Chyba prosto do szpitala. Codzienne rozmowy o wadze, niejedzeniu, chudości są wyczerpujące. Pal sześć, jeśli prowadzone są w spokojnej atmosferze. Zwykle niestety nie mamy tego szczęścia. „Czy jestem chuda? Czy nam chude nogi? Czy wyglądam chudo? Czy jestem chudsza od niej?” Chude, chude, chude do zarzygania. Powinnam być empatyczna, pełna miłości i zrozumienia. Czasem nie umiem. Nie chcę odpowiadać na te pytania. Spirala się nakręca. Pytania są coraz częstsze i zadawane coraz piskliwszym tonem. Złe odpowiedzi są karane atakami histerii, agresji. Wszystko zależy od dnia. Nie mówię, że nie współczuję mojej córce, ale kiedy widzę, jak sama się zabija, to rodzi się we mnie ogromny gniew i sprzeciw. Chcę krzyczeć wniebogłosy. Jakby to mogło do niej dotrzeć. Nic nie dociera. Ona chce być chuda. Nie szczupła, nie zdrowa, nie szczęśliwa, nie mądra. Ona chce być chuda, bo to daje poczucie że jest się kimś lepszym, a nie tym „pieprzonym tłuściochem”. Znowu zaczęła ćwiczyć. Tylko by spalić… baton musli, który zjadła w szkole (tekst z dzisiaj). Obsesyjnie ćwiczy. Gdy ją na tym przyłapuję, to wygląda jak dzikie zwierzę. Czy to nigdy się nie skończy? Kim ona jest?

Opublikowano Na wieki ana, Na wieki, wieków ANA | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Na wieki, wieków ANA…

„Nienawidzę cię! Zniszczyłaś mi życie!!!” – już nie wiem, czy to krzyczy moja córka, strasznym, obco brzmiącym głosem jakiegoś potwora, czy to ja wrzeszczę ze wszystkich sił… To nie mija. Codziennie, co chwilę słyszę ten głos. To nie omamy. To nie moja wyobraźnia. To straszny głos nowego członka naszej rodziny – ANOREKSJI.

Nikt jej nie zapraszał. A zadomowiła się. Rozgościła w naszym domu i nie chce odejść. Nie pomagają ani prośby, ani groźby. Od kilku miesięcy krzyczy w naszym domu głosem naszego dziecka. Nie umiem go wyłączyć. Nie pomagają leki, nie pomaga terapia. Psychiatra, psycholog rozkładają ręce – nie ma na to recepty, nie ma złotego środka.

Budzę się w nocy i nie mogę uwierzyć, że ten koszmar trwa. Wchodzę do jej pokoju i dziwie się spokojowi. Oddycha tak swobodnie. Włosy rozrzucone na poduszce. Twarz anioła. Smukłe nadgarstki, delikatne dłonie. Moje dziecko śpi. Wtedy mogę nacieszyć się jej „obecnością”. Bo rano nie wiem, kto wstanie. Czy będzie to moja córka, czy ona…

Nie było mnie wiele miesięcy. Chyba nawet dłużej niż rok. Nie wiem, czy wróciłam na chwilę, czy zdołam Wam opowiedzieć tę historię. Nie wiem, czy sobie poradzę. Czy znajdę w sobie siłę, czy będę mieć na to czas. Nie ma wsparcia dla rodziców dzieci chorych na anoreksję. Nikniemy w oczach zjadani przez anę.

Opublikowano wieków ANA | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Porządki w mysiej dziurze.

Wpis szalenie osobisty. Jeden z najbardziej osobistych na moim blogu. Uszanujcie to.

Też czasem tak macie? Nie myślicie o czymś od bardzo dawna. Wydaje się, że sprawa jest już zamknięta. Że macie już wszystko przepracowane. I nagle trach… macie to ponownie przed oczami. I znowu ten ucisk w piersi…

 

>>Kurtyna się podnosi<<

Jest wczesna wiosna. Jeszcze resztki śniegu zalegają gdzieniegdzie na skwerach. Blada trawa czeka na słońce. Młoda ma niewiele ponad trzy lata. Jesteśmy w szpitalu, bo ma mieć zabieg wycięcia trzeciego migdała. Jesteśmy same. Ex wypiął się na nas, przede wszystkim na mnie, bo zakochał się na zabój. „To wielka miłość” – jak trywialnie brzmią jego słowa w mych uszach. Boję się tego zabiegu. W końcu narkoza, to narkoza. Młoda jest moim jedynym dzieckiem. Moją rodziną. Małą, słodką dziewczynką z loczkami na główce. Udziela jej się mój niepokój. Chociaż staram się nie pokazywać tego po sobie. Dopiero, co odprowadziłam ją na blok. Siedziałam koło niej na łóżku, kiedy ją usypiali do zabiegu. Serce w piersi głośno mi łomotało. Kazali wrócić za kilkanaście minut. Biegnę na dół, by w szpitalnym kiosku kupić dużą podróbkę konika pony, wypatrzoną wcześniej przez dziecko. Wychodzę na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza. Czuję, jak zdenerwowanie opanowuje każdą komórkę mego ciała. Drżę ze strachu. Wyciągam telefon. Pamiętam, jak dziś, starą, granatową Nokię 3310. Wysyłam smsa do exa: „Młoda właśnie ma zabieg. Strasznie się o nią boję.”

Wracam pod salę operacyjną. Pielęgniarka mówi, że zaraz ją zobaczę. Że już jest po zabiegu. Że wszystko jest ok. Nagle widzę ją. Jest strasznie biała. Niemal przezroczysta. Żyłki na jej twarzy mocno kontrastują z  kolorem skóry. Wokół ust i nosa krwawa piana. Niemal tracę oddech. Nie spodziewałam się takiego widoku. Jest przerażający. Zbieram się w sobie. Zanim zdążę zapytać, czy mogę ją dotknąć, młoda zaczyna się trząść. „Budzi się. Niech pani ją weźmie na ręce.” Biorę swoją córkę i mam wrażenie, że jest to najgorsza chwila w moim życiu. Młoda trzęsie się niekontrolowanie. Krwawa piana i ta bladość potęgują wrażenie, że jest źle. Kołyszę ją, mówię do niej, powtarzam raz po raz jej imię. Mam ochotę krzyczeć ze strachu. Młoda zaczyna płakać. Kwili, jak niemowlę. Trzęsie się coraz mniej. Otwiera oczy. Już wiem, że to skutki narkozy i że za chwilę będzie dobrze. Z minuty na minutę jest coraz lepiej. Po półgodzinie możemy wrócić na salę. Zabieram dziecko. Ocieram krwawą pianę z jej twarzy. Całuję po głowie. Teraz ja mam wrażenie, że cała się trzęsę. Napięcie mnie opuszcza. Młoda rozpromienia się na widok paskudnego konika. Najlepiej wydane 15 zł w życiu :-) Wyciągam telefon, by napisać do exa, że już jest po, że wszystko jest ok  i czytam smsa od niego: „Daj mi odejść. Nie niszcz mojego szczęścia”. Szok i niedowierzanie. Co za … Po chwili już wiem, że nigdy mu tego nie wybaczę. >>Kurtyna opada<<

Opublikowano C'est la vie, Codzienność, Młoda | Otagowano , , , , , , , | 7 komentarzy

Zielonym do góry.

Wiecie, jak to bywa z postanowieniami noworocznymi? Lepiej ich nie robić… Ja obiecałam, samej sobie przede wszystkim, że będę częściej pisać na bloga. Ale, jak wiadomo „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”.

U nas jest nieźle. Brzdąc urósł, zaczął jakiś miesiąc temu chodzić. Leje brata. Ogólnie okazuje się typem roszczeniowym. Jeśli czegoś nie dostaje – to po trupach, ale do celu. Nie chcesz się całować, to łap za włosy i nie masz już wyjścia. A do tego jest wielce urokliwym bobasem i dlatego wiele uchodzi mu na sucho. Wystarczy, że się uśmiechnie. Drżyjcie laski ;-)

Bączysław to typ zdystansowany. Testuje na nas swe złości. Ostatnio jego repertuar poszerzył się o rzucanie klockami. Przedszkolaczek. Bardzo lubi chodzić do swego przedszkola. Nie przeszkadza mu poranne wstawanie. Jedyne, co mu przeszkadza, to smog krakowski. Często atakuje mu górne drogi oddechowe. A że to mały facet, więc choroby swe znosi dzielnie ;-)

Młoda. Hmmm. To historia na osobny wpis. Ogólnie dorasta. Aktualnie na shoppingu w Londynie. Zacieśnia więzi ze swą chińską macochą. Mam nadzieję, że jej angielski po tym tygodniu wzbogaci się o łatwość w mówieniu.

My z mężem właściwym mamy się dobrze. Życie nieustająco nas zaskakuje. Plany, które sobie po cichu układamy, spalają na panewce, więc powoli staramy się ich  nie snuć. Ogólnie – sielanka. Wiadomo, zdarzają się zgrzyty, biorąc pod uwagę mój choleryczny charakter i flegmatyczność mego męża (patrz poprzedni wpis). Ale u nas ogólnie trwa miesiąc miodowy… Oby tak dalej.

Pozdrawiamy z Krakowa. Z miasta, w którym normy zanieczyszczenia powietrza przekraczane są w niektórych miejscach tysiąckrotnie…

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , | 4 komentarzy

Hoł, hoł, hoł! Świąt nie będzie!

Uwielbiam okres przedświateczny, pełną petardę. Nie mówię tego z sarkazmem. Po prostu uwielbiam…

Ale w tym roku mnie przerosło. Wkurw osiągnął poziom maksymalny. Myślałam, że mi przejdzie, ale jest źle, bardzo źle. Nawet ubieranie choinki mnie nie cieszyło.

Wybaczcie, że Wam tak truję przed Świętami, ale po prostu muszę. Kiedy sobie pomyślę, że wiele kobiet hoduje w sobie ten gniew i rozczarowanie, to jest mi źle.

Będę generalizować i będę niesprawiedliwa. W końcu mogę. Czy Wasi faceci też mają w nosie przygotowania? Czy zawsze mają czas na wszystko, choć de facto tego czasu nie mają? Czy naprawdę dekoracje świąteczne, czysty dom i inne tam nasze „obsesje” nie mają dla nich znaczenia?

Znam męża właściwego nie od dziś i z tego względu o kupnie choinki zaczęłam mówić na początku grudnia. Bo wiem, że on z tych, co muszą pooglądać, pojeździć w różne miejsca, pooglądać, pomyśleć, zaglądnąć pod ogon, takie tam… Ok. Dziś 22-ego grudnia – choinki brak. Ubrałam starą, plastikową, chińską, wyłysiałą ohydę, bo cóż miałam zrobić? Niestety napięcie zamiast słabnąć rosło.

Pamiętacie? Mam trójkę dzieci. Jedno było w szkole, bo jasełka, klasowa Wigilia itd. Pozostała dwójka dzielnie sekundowała mi przy wieszaniu ozdób. Tzn. Brzdąc najpierw spał, ale gdy przyszło do wieszania baniek (zwanych w innej przestrzeni – bombkami), zdążył się obudzić i razem z nim wszystko szło zdecydowanie szybciej… Pomoc rozkoszna! Niestety weny mi zabrakło i choinka jakaś taka… (Zdjęcia możecie zobaczyć na fb.)

Nastrój świąteczny, zamiast wysycać sobą każdą cząstkę mego ciała, prysł. A „o mój Jezu”, zawołałam kiedy rozbiłam piękną, czerwoną bańkę o podłogę w kuchni. Również „White Christmas” w moim wykonaniu, miało zupełnie inne słowa…

Mąż właściwy zostawił na mojej głowie wszystko. Sprzątanie, dekorowanie, zajmowanie się dziećmi, pakowanie (a zapomniałam powiedzieć, że jutro wyjeżdżamy), pakowanie prezentów itd. Nie cierpię się spieszyć, nienawidzę zostawiania spraw na ostatnią chwilę. Wolę, by pewne rzeczy miały swój własny rytm i czas. Pośpiech potęguje moje zdenerwowanie, sprawia, że jestem zła i paskudna. Dokładnie taka, jak dziś. Zabija moją radość i szczęście.

W zeszłym roku przygotowałam wszystko na Wigilię, pomimo tego, że miałam małe, całkiem małe dziecko. Zdążyłam z tym wszystkim, bo miałam swój plan. W tym roku miałam nadzieję na pomoc, bo dwójka małych dzieci wysysa ze mnie energię i zabiera cały mój czas. Ale niestety zawiodłam się.

Może w przyszłym roku przygotuję dłuższą listę i poza choinką umieszczę na niej inne rzeczy?

Wszystkim zatroskanym o moją duszę muszę powiedzieć, że ona jest gotowa na Święta. O nią zadbałam. Niestety zasłono-firanki w sypialni będziemy mieć brudne, ale za to moja dusza lśni. Może to jest najważniejsze?

Opublikowano C'est la vie, Mąż właściwy | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Mój chleb powszedni.

Nie wyrabiam się. Z ręką na sercu, nie wyrabiam się. Nie wiem, jak inni (a może inne?) to robią, że znajdują czas na wszystko? Przy jednym dziecku – sprawa jest szalenie prosta. Przy dwojgu – wymaga nieco logicznego planowania. Przy trojgu – to już wolna amerykanka. Nie wiem, jak to jest, gdy ma się tych dzieci jeszcze więcej… Nie chcę nawet sobie tego wyobrażać. Chociaż, jak mówią nasi znajomi, dumni posiadacze czworga – wszystko przechodzisz na jednym bólu. Może właśnie tak jest. Im więcej dzieci, tym większa amerykanka, ale ból pozostaje ten sam?

Słabo sypiam w nocy. Ogólnie mam wrażenie, że śpię w interwałach po 45 minut. Jeden mały człowiek budzi mnie do jedzenia, drugi, bo ma lęk separacyjny i wydziera się: mamo, mamo! Sprawdzając, czy na pewno go nie porzuciłam. Jak za głośno, to budzi tego, co dopiero zjadł i zabawa zaczyna się na nowo. Jak nie pójdą na kompromis, to za chwilę krzyczą już obaj, z powodu niezaspokojonych przez matkę potrzeb. I wyśpij się tu. Nie dziwię się, że ojciec czasem rano ma problemu ze wstaniem z łóżka. Chociaż myślę, że chwila wytchnienia w pracy od dzieciaków jest warta swej ceny :-)

Wychodzimy do przedszkola. Teoretycznie powinniśmy być na 9.00. Punkt. Bo wtedy zaczynają się zajęcia i nie powinniśmy wpadać w trakcie i przeszkadzać innym dzieciakom. Ale z tym to już bywa różnie. Najczęściej okazuje się, że Brzdąc walnął kupkę i trzeba go w te pędy przebrać. A zegar tyka. Jak nie zdążymy na tramwaj, który ma przystanek bliżej przedszkola, to  później muszę z wywieszonym językiem pędzić w dół estakady (chwała za Laskala). Czasem stoimy i czekamy na przystanku. Te chwile są bezcenne. Dzieciaki marudzą a ja wcieram krem w dłonie, bo w domu nie znajduję czasu na ten zabieg pielęgnacyjny. I dziękuję Bogu za piękną pogodę, bo jak nadejdą mrozy, to już nie będę się upiększać. Ale wtedy założę rękawiczki nie będę straszyć popękaną skórą…

A propos piękna, to ostatnio wpadliśmy całą ferajną do Rossmana, bo musiałam uzupełnić zapasy. Jak zwykle kupowałam schwarz mydło i powidło… Brzdąc na biodrze, Bączysław uczepiony nogawki. Młoda plącząca się za plecami. Mąż właściwy z właściwym dla siebie dystansem, daleko z tyłu. I bach, w wąskiej alejce omalże wpadliśmy na jedną panią. Elegancko ubraną, uczesaną, wyprostowaną, na obcasie. I wtedy przejrzałam się w jej oczach. Styrana matka, obwieszona potomstwem. Umalowana i owszem, ale z włosami w nieładzie, w rozklapanych balerinach, z gołymi stopami. Na wpół sportowo ubrana… O żesz ty mój… Przestrach odbił się w jej oczach i wylądował w mojej głowie.Przecież ja też kiedyś taka byłam. Elegancka, na obcasie, uczesana, w wystrzałowym płaszczu. A teraz? Co się ze mną porobiło? Dzieci mnie zjadły. Skonsumowały i wypluły.

Nie, nie żałuję. Jest świetnie. Jak na rollercoasterze, możesz krzyczeć do woli, a na końcu i tak się uśmiechasz.

W sumie to nie wiem, o czym Wam chciałam napisać. Chyba o tym, że odkryłam, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego. Że porządek, pranie, zakupy, gotowanie, spacery, zabawa, czas dla siebie (sic!), pomoc młodej w nauce to za dużo, jak na jeden dzień i na jedną osobę. Że odkryłam, że doby nie można rozciągnąć. Ba, nie można rozciągnąć nawet godziny.

Kiedyś znowu będę piękna i powabna, w wystrzałowej kiecce i makijażu, a na razie cieszę się chwilami, które są teraz. Tym, że Brzdąc umie już przytulać się całym sobą, tym że Bączysław sam się ubiera i jest z tego niesamowicie zadowolony, tym że czasem Młoda zaserwuje takiego suchara, że zaśmiewamy się do bólu brzucha. To moja rodzina. Moje marzenie. A to, że nie ogarniam, no cóż, trudno. Kij w oko. Idę tracić czas dla moich dzieci, bo te chwile już się nie powtórzą.

Opublikowano Codzienność, Matka samo zło | Otagowano , , , , | 5 komentarzy

!

Cytują mnie:


http://rodzice.familie.pl/artykul/Projekt-patchwork-rozne-odcienie-tkaniny-w-rodzinie-rekonstruowanej,9876,1.html

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , | Skomentuj

O 15 ściągam mentalne gacie*.

O 15 ściągam mentalne gacie, staram się wykopać z przepastnego kostiumu matki-Polki, kury domowej. Ciężko to idzie, bo kieszenie powypychane są chusteczkami i innymi drobiazgami, które znajduję w ciągu dnia na podłodze. Wkładam je do kieszeni rozpierana radością, że Brzdąc ich nie zje. A on zjada wszystko. Ostatnio postanowił chyba zostać tap-madl, bo złapałam go na wcinaniu wacików kosmetycznych, które ktoś (Młoda) nieopatrznie zostawił w zasięgu jego ramion.

Ściągam gacie i staram się wskoczyć w kostium kobiety, ba – w kostium żony idealnej, która z otwartymi ramionami wita swojego księcia, pana i władcę. Żeby nie zobaczył, że cały dzień spędziłam na wykonywaniu niewdzięcznych zadań. By myślał, że jestem naprawdę szczęśliwa wychowując dzieci i siedząc całymi dniami z nimi w domu. Ja wiem, że to niedotlenienie przeze mnie przemawia, bo z powodu choroby dzieciaków i marnej pogody za oknem, od dwóch dni nie wychodzimy z domu. Nie wyściubiamy nosa nawet za próg mieszkania.

Ściągam gacie i  zakładam czasem nawet stanik, by cieszyć mężowskie oko nieco ponętniejszym rysunkiem mojej sylwetki. Staram się być kobietą. Bo do południa bywa różnie. Zwykle jestem mistrzynią porannego prysznica. Mam na niego dokładnie 2 minuty, bo po trzech – małe, pulchne łapki blokują prowadnicę i nie można otworzyć kabiny. Wielkie oczy wpatrują się ze zdumieniem w mokrą postać za szklaną taflą, a kartoflowaty nosek rozgniata się na drzwiach. I po ptokach – jak powiedziałby poeta.

Czasem dopiero po kilku godzinach okazuje się, że bluzkę mam na lewą stronę, a ja zdążyłam otworzyć już kurierowi i listonoszowi. Z resztą z listonoszem mamy niepisaną umowę, że on dyskretnie odwraca wzrok, gdy pojawiam się w drzwiach w przykrótkiej (i przyciasnej – nie oszukujmy się) sukience, a ja nie trzymam go przy drzwiach, wołając „momencik”, trwający dobre 5 minut, gdy próbuję znaleźć coś bardziej przyzwoitego do ubrania. A jest to wyzwanie, bo odkąd oddałam jedną ze swoich przepastnych szuflad Bączysławowi (który ubrań ma więcej niż ja miałam przez całe swoje życie), to notorycznie usiłuję zmieścić się w spodnie 98-104 i za cholerę mi się to nie udaje.

Więc kiedy wybija 15-sta, wyskakuję z rozciągniętych, mentalnych gaci i udaję kobietę, która przez cały dzień NIE wyciera lepkich rączek, gilów do pasa, zasranych tyłków, która NIE lepi pół dnia pierogów, gotuje rosołów, robi sałatek, która NIE tuli „wyjców do księżyca” kraszących jej ubranie wszelkimi dostępnymi wydzielinami, która NIE klnie, jak szewc, kiedy wdepnie gołą stopą w klocek Lego lub po raz milionowy uderzy piszczelą w ostry kant mebla. Udaję kobietę, która cały dzień leży na kanapie, pachnie i ewentualnie zagra w Quizwanie na komórce, żeby się nie przemęczyć :-)

*gacie – czyli dolna część zimowej garderoby płci męskiej (dot. raczej starszego pokolenia) – czyli coś, czego staramy się nie pokazywać publicznie.

ps. Nie wspomniałam, że przez cały dzień zdarza mi się nie założyć dolnej części bielizny, ale to wydaje się NIE przeszkadzać mojemu mężowi :-)

Opublikowano Codzienność, Matka samo zło | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

Garść aktualności.

Wbrew pozorom żyjemy. Po prostu okazuje się, że mam strasznie mało czasu, aby wszystko ogarnąć. Podziwiam matki, które nie tylko opiekują się dziećmi i prowadzą dom, ale też oddają całą siebie (albo to, co im z siebie zostało) innym.

Z aktualności to mamy w domu przedszkolaka. Bączysław zasilił szeregi braci przedszkolnej. 2 pierwsze dni były wspaniałe. Pełen energii dreptał do przedszkola, wykazywał entuzjazm i radość z nowego odkrycia. Później był weekend. I w poniedziałek przyszedł kryzys. Już nie chciał wyjść z domu, płakał. Miał problem z rozstaniem się z mamą. Wszystkiego pochodził nieco ponad tydzień! I rozchorował się. Teraz też siedzi w domu, bo znowu Kluska jest chory i nie mam jak odholować Bąka do przedszkola. Wychowawczyni jest nim zachwycona. Mówi: „Wie pani, że to dziecko wszystko je? I surówkę i rybkę i warzywa… wszystko… I buty umie założyć i spodnie zdjąć do sikania… I ładnie rysuje i nakleja…” :-) GJENIUSZ :-D

Przedszkole niestety nie jest na naszym osiedlu. Musimy jechać do niego tramwajem. Może i niedaleko, bo 4 przystanki, ale jak aura nie dopisze, to z tych kilku przystanków robi się droga przez mękę. Przedszkole jest samorządowe. W naszym przypadku nie wchodziło w grę przedszkole prywatne. Nie oszukujmy się, ale najtańsze to wydatek ponad 700 zł plus wszelkie dodatkowe atrakcje, których w tego typu przedszkolach nie brakuje. Przy naszych obecnych dochodach i kredycie mieszkaniowym to byłoby spore wyrzeczenie. Skorzystaliśmy z dodatkowej rekrutacji, ponieważ  Bączysław nie jest jeszcze pełnym trzylatkiem i w terminie podstawowym nie kwalifikował się do przedszkola. Mam nadzieję, że w przyszłym roku dostanie się do naszego osiedlowej placówki* i droga „do” i „z” przestanie być problemem. Cieszą mnie nowe stopnie rozwoju moich dzieci i to że stają się powoli samodzielnymi jednostkami.

* pisząc „placówki” mam jakiej bardzo negatywne skojarzenia, ale nie mogę wciąż powtarzać: przedszkola, przedszkola, przedszkola…

Kluska vel Brzdąc jest tak uroczym, wesołym, wciąż uśmiechniętym dzieckiem, że jak zapłacze to cały świat się zatrzymuje, bo to musi być poważna sprawa. Chodzi przy meblach, udaje mu się samodzielnie stanąć. Z komunikacją nieco słabo, wystawia palec wskazujący i mówi: tak! tak! wskazując na pożądaną rzecz :-)

Mój plan biznesowy spalił na panewce. Koleżanka, z którą miałyśmy wspólnie rozpocząć nową działalność, wycofała się w sposób mało elegancki. Początkowo byłam wstrząśnięta i wkurzona na maxa, ale teraz już mi przeszło, choć niesmak pozostał. I jak się spotykamy, to już nie jest jak dawniej. Niestety lekko ją ignoruję i musi minąć trochę czasu, zanim jej całkiem wybaczę.

Opublikowano Codzienność | Skomentuj