Patchwork.

Patchwork… Może to mało noworoczny tytuł i temat, ale jakoś tak mi chodzi dzisiaj po głowie. To ciężka i mozolna praca. Stworzyć jedną, spójną całość z różnorakich kawałków. Jak je ze sobą połączyć, by tworzyły harmonijny obraz? Czy można je zszywać ze sobą na chybił-trafił i oczekiwać, jak w toto-lotku, że trafimy szóstkę? Czy należy zastanawiać się nad każdą cząstką i starać się je łączyć ze sobą na próbę? Łatki powinny być do siebie podobne, jeśli nie wzorem, to przynajmniej kształtem, ale czasem są tak różne, że nie wiemy, czy obraz, który powstanie nie będzie najbardziej szpetną rzeczą, jaką oglądaliśmy w swoim życiu. Czy taka tkanina jest trwała? Czy nici, którymi zeszyjemy cząstki ze sobą, zwiążą je nam na całe życie?

Nie jestem szwaczką i temat jest mi nieznany z tego punktu widzenia. Dzisiaj myślę o rzeczywistości, którą znam, którą oglądam każdego dnia. Z bliska. Przez okular swojej rodziny. Może nie ma w niej zbyt wielu cząstek innego pochodzenia, ale wydaje mi się, że wystarczy zaledwie jedna, by obrazek stawał się ciężką pracą rzemieślniczą a nie cudownej urody arcydziełem.

Moja rodzina jest rodziną tzw. patchworkową. Mam córkę z pierwszego małżeństwa i codziennie prowadzę prawdziwą batalię o to, by nasza rodzina stanowiła całość. Nie chorujemy ciężko,ani przewlekle, nie cierpimy na żadne przypadłości, nie dotykają nas wypadki, prowadzimy zwyczajne życie. Mamy małą rysę na swoim obrazku. Młoda nie jest biologiczną córką męża właściwego. Chciałabym wierzyć, że w to, że jest jego córką, ale przychodzi mi to z trudem.

Czy można kochać obce dziecko? Czy można być rodzicem dla czyjegoś syna lub córki? Czy można mieć autorytet zbudowany na miłości a nie na krzyku? Codziennie walczę o to, by moja rodzina była całością, ale są takie dni, jak dzisiejszy, kiedy czuję, że tak nie jest. Rodzic dla dobra dziecka zrobiłby wszystko. Wykluczyłby z tego równania samego siebie. Swoje EGO odłożyłby na bok. Nie mówię tu o jakiś ekstremalnych sytuacjach, ale  o zwyczajnym życiu. Nie oddajemy swego życia a jedynie poświęcamy swój czas lub swoją wygodę. Nie oddajemy nerki, choć myślę, że czasem taki wybór byłby dla nas łatwiejszy, niż oddanie swego cennego, wolnego czasu. Mniejsza o szczegóły. Dzisiaj po raz kolejny poczułam, że nasza rodzina jest patchworkiem. Że któryś z elementów walczy o swoje miejsce za bardzo. A nie tak powinno być.

Wiem, że dla pełnego obrazu powinnam opisać sytuację, która przywiodła moje myśli do takich rozważań, ale może tym razem sobie to darujmy. Pozostaje mi wierzyć, że nici, którymi zszywam swój patchwork są na tyle mocne, że zwiążą naszą rodzinę na całe życie, połączą ją równie mocno, jak więzy krwi, a może i mocniej.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Ten wpis został opublikowany w kategorii C'est la vie, Mąż właściwy, Młoda i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Patchwork.

  1. ~t.vik pisze:

    Szczęście samo nie przychodzi. Trzeba je budować wspólnymi siłami, a to czasami przypomina budowanie statku w butelce – trzeba i umiejętności, i cierpliwości, i współpracy.
    Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>