O 15 ściągam mentalne gacie*.

O 15 ściągam mentalne gacie, staram się wykopać z przepastnego kostiumu matki-Polki, kury domowej. Ciężko to idzie, bo kieszenie powypychane są chusteczkami i innymi drobiazgami, które znajduję w ciągu dnia na podłodze. Wkładam je do kieszeni rozpierana radością, że Brzdąc ich nie zje. A on zjada wszystko. Ostatnio postanowił chyba zostać tap-madl, bo złapałam go na wcinaniu wacików kosmetycznych, które ktoś (Młoda) nieopatrznie zostawił w zasięgu jego ramion.

Ściągam gacie i staram się wskoczyć w kostium kobiety, ba – w kostium żony idealnej, która z otwartymi ramionami wita swojego księcia, pana i władcę. Żeby nie zobaczył, że cały dzień spędziłam na wykonywaniu niewdzięcznych zadań. By myślał, że jestem naprawdę szczęśliwa wychowując dzieci i siedząc całymi dniami z nimi w domu. Ja wiem, że to niedotlenienie przeze mnie przemawia, bo z powodu choroby dzieciaków i marnej pogody za oknem, od dwóch dni nie wychodzimy z domu. Nie wyściubiamy nosa nawet za próg mieszkania.

Ściągam gacie i  zakładam czasem nawet stanik, by cieszyć mężowskie oko nieco ponętniejszym rysunkiem mojej sylwetki. Staram się być kobietą. Bo do południa bywa różnie. Zwykle jestem mistrzynią porannego prysznica. Mam na niego dokładnie 2 minuty, bo po trzech – małe, pulchne łapki blokują prowadnicę i nie można otworzyć kabiny. Wielkie oczy wpatrują się ze zdumieniem w mokrą postać za szklaną taflą, a kartoflowaty nosek rozgniata się na drzwiach. I po ptokach – jak powiedziałby poeta.

Czasem dopiero po kilku godzinach okazuje się, że bluzkę mam na lewą stronę, a ja zdążyłam otworzyć już kurierowi i listonoszowi. Z resztą z listonoszem mamy niepisaną umowę, że on dyskretnie odwraca wzrok, gdy pojawiam się w drzwiach w przykrótkiej (i przyciasnej – nie oszukujmy się) sukience, a ja nie trzymam go przy drzwiach, wołając „momencik”, trwający dobre 5 minut, gdy próbuję znaleźć coś bardziej przyzwoitego do ubrania. A jest to wyzwanie, bo odkąd oddałam jedną ze swoich przepastnych szuflad Bączysławowi (który ubrań ma więcej niż ja miałam przez całe swoje życie), to notorycznie usiłuję zmieścić się w spodnie 98-104 i za cholerę mi się to nie udaje.

Więc kiedy wybija 15-sta, wyskakuję z rozciągniętych, mentalnych gaci i udaję kobietę, która przez cały dzień NIE wyciera lepkich rączek, gilów do pasa, zasranych tyłków, która NIE lepi pół dnia pierogów, gotuje rosołów, robi sałatek, która NIE tuli „wyjców do księżyca” kraszących jej ubranie wszelkimi dostępnymi wydzielinami, która NIE klnie, jak szewc, kiedy wdepnie gołą stopą w klocek Lego lub po raz milionowy uderzy piszczelą w ostry kant mebla. Udaję kobietę, która cały dzień leży na kanapie, pachnie i ewentualnie zagra w Quizwanie na komórce, żeby się nie przemęczyć :-)

*gacie – czyli dolna część zimowej garderoby płci męskiej (dot. raczej starszego pokolenia) – czyli coś, czego staramy się nie pokazywać publicznie.

ps. Nie wspomniałam, że przez cały dzień zdarza mi się nie założyć dolnej części bielizny, ale to wydaje się NIE przeszkadzać mojemu mężowi :-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codzienność, Matka samo zło i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O 15 ściągam mentalne gacie*.

  1. ~t pisze:

    Haha… znakomite! :D
    Właściwemu to dobrze ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>