Zajęcia cielesne.

Zajęcia cielesne to nic innego jak pospolity w-f. U mojej babci (rocznik 1924) na „świadectwie” widniał właśnie taki przedmiot. Nic mnie bardziej nie ucieszyło ostatnio, jak wiadomość o zmianie zasad oceniania z wychowania fizycznego w szkole. Mam nadzieję, że przyniesie ona zadowalające efekty i w sposób widoczny wpłynie na zwiększenie aktywności fizycznej dzieci i młodzieży, a nie będzie tylko ministerialnym „pitu-pitu”.

Ale oczywiście z okazji tej zmiany, nie będę opowiadać ogólników, tylko przejdę do mojej historii, a więc do konkretnego przykładu. Czyli mojej Młodej na lekcji w-f. Wpis będzie o subiektywizmie.

Młoda, jaka jest to sami wiecie, a jeśli nie mieliście okazji jej poznać, to zachęcam do zerknięcia na poprzednie wpisy o niej. Ma niewyparzoną gębę, lubi czasem coś skrytykować i nie boi się bronić swojego zdania. Moja córa rzadko choruje, bardzo mało opuszcza, w zeszłym roku szkolnym to tylko chyba z 5 dni miałam do usprawiedliwienia. Nie obija się, chętnie ćwiczy. Ale i tak miała z w-fu „dobry” na zakończenie roku. A to fikołek nie taki, jak pani chciała, a to pomyłka w układzie gimnastyki artystycznej, a to zwis nie za ładny, a to to, a to tamto. Byłam zdziwiona jej opowieściami, ale ponieważ miałam już okazję zrobić „rewolucję” w temacie pani od muzyki, postanowiłam się nie mieszać i przeczekać, bo w końcu „dobry” to dobra ocena. Niemniej jednak w tym roku szkolnym, jeśli znowu takie sytuacje będą miały miejsce, to chyba pofatyguję się do szkoły i zamienię słów parę z wychowawcą i panią od w-fu. Bo w końcu moja Młoda sprawna fizycznie jest. Raz w tygodniu chodzi na dodatkową gimnastykę i basen, dwa razy w tygodniu ma treningi z kick-boxingu. Sroce spod ogona nie wypadła i w siatkę gra i rozciągnięta jest, jak mało który dzieciak z osiedla, i zrobi gwiazdę, czy jak to się tam zwie… Wyliczać pewnie mogłabym długo, ale widocznie pani S. nie za bardzo podoba się moja córka. Może teraz dzięki zmianie oceniania dostrzeże, że Młoda aktywnie działa na niwie kultury fizycznej a nie tylko działa jej na nerwy.

Z serdecznymi pozdrowieniami dla wszystkich nauczycieli wychowania fizycznego.

Opublikowano Młoda | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy

Hmm… taka sytuacja.

1. Obrazek „3 mamuśki z dzieciakami”.

Rozumiem – napić się piwa. Rozumiem – siedzieć na murku. Ba, rozumiem nawet wyjść z dzieckiem w wózku na spacer (sic!). Ale robić te 3 rzeczy jednocześnie, to jakoś nie w mojej „estetyce”.

2. Obrazek „A dziś na obiad…”

Dzieci drą się wniebogłosy, bo jeden drugiego popchnął, drugi uderzył buzią w podłogę. Kluska drze z bólu i strachu. Bączysław wie, że źle zrobił, więc profilaktycznie też się drze, żebym ja się nie „darła” na niego. Ja w kuchni, kroję pomidory do lecza. Nagle dzwonek do drzwi. „No, jak teraz otworzę, to ktoś pomyśli, że zamordowałam swoje dzieci” – myślę, patrząc jak gęsty sok pomidorowy ścieka mi do łokci.

Żyję, ale co to za życie… .

Opublikowano Codzienność | Skomentuj

Melting by Kraków

Powinnam częściej wyciągać laptopa z szuflady. Kiedy stoi tak na stole, to słyszę jego kuszenie: „No, napisz coś, napisz… Nie daj się prosić. Skorzystaj z okazji, no dalej, śmiało. To, co że nie wiesz o czym, co z tego, że znowu będziesz musiała wymyślić tytuł… Napisz!”

Chłopcy śpią. Rzadko zdarza się taka chwila, by obaj spali w jednym czasie. Zwykle, kiedy jeden śpi, to drugi harcuje i na odwrót. Bączysław jest teraz na etapie „rozdwojenia jaźni”. Chce spać, bo jest zmęczony i nie chce spać, bo ma dużo rzeczy do przepracowania. Ponieważ upały dają nam nieco w kość, to jego zmęczenie bierze górę i zasypia. Natomiast mała, ruchliwa Kluska śpi 3 razy dziennie, w porach powiedzmy, że stałych.

Roztapiamy się. Siedzę w salonie, rolety opuszczone, okna zamknięte w całym domu i walczę, by było chłodniej, ale jakoś nie jest. Szczególnie, że nie było nas teraz przez 3 dni. Wczoraj wieczorem, kiedy wróciliśmy, buchnęło na nas skisłe, gorące powietrze. Temperatura o 21 z minutami była iście chorwacka lub turecka – 28° C i mieszkanie słabo przewietrzyło się w nocy.

Dopadła mnie „gorączka pracy”. Koleżanka rzuciła luźne hasło, żebyśmy założyły wspólnie firmę i jak mnie „kopnęło” w głowę… Cały weekend planowałam, rozmyślałam, analizowałam, głowa pełna pomysłów, cała aż kipię z weny twórczej. Uwielbiam taki stan „zapalenia”, aż do utraty kontaktu z rzeczywistością. Wygląda na to, że coś z tych moich planów będzie. Chociaż koleżanka była dziś przerażona moim narwaniem. Mam nadzieję, że sama też się zapali do pracy i wreszcie zaświeci nam światełko w tunelu. Bo polskie realia pracy są kiepskie. Na razie notes kipi od moich planów. Życzcie mi powodzenia, bo będzie ono mi potrzebne!

Za 10 dni wraca Młoda z wakacji i będziemy powoli wracać do szarej rzeczywistości. Od razu z grubej rury, bo pojawi się w Polsce również mój ex i wraz z nim rozmaite problemy. Najgorsze, że znowu zwali się nam na łeb i będę go oglądać niemalże od rana do nocy. Uhhh, czego się nie robi z miłości do dziecka.

Jestem w trakcie czytania „śmiesznego” poradnika, dotyczącego szczęśliwych małżeństw i nie umiem określić, czy mi się podoba, czy nie. Dla ciekawych tego, co czytam, odsyłam Was na matkowy profil na fb :-)

Co do „Dzikich stworów”, to nie jestem w stanie przebrnąć przez ten poradnik. Przeczytałam tylko rady dotyczące chłopców w wieku Bączysława, zostałam oświecona i porzuciłam książkę przy łóżku. Pewnie do niej w końcu wrócę, ale na razie mam dosyć niegrzecznych chłopców w życiu, nie chcę o nich dodatkowo jeszcze czytać do snu :P

Żegnam Was chłodno, przy tych upałach :-)

Cieszę się, że Ciekawa powróciła na łono blog.pl. Brakowało mi jej wpisów. Pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano Codzienność, Matka samo zło | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Takie tam i „dotyk, który boli”.

Wiem, że mnie ostatnio nie ma, ale opieka nad maluchami to full-time service. Nie przypuszczałam, że tak mało czasu zostanie mi na cokolwiek. Teraz Kluska raczkuje i wspina się na rozmaite sprzęty, oczy trzeba mieć naokoło głowy. Nie mogę też zostawić Kluski z Bączysławem na dłużej samego, bo wtedy dzieją się różne historie. Tzn. samego w pokoju, podczas gdy sama staram się zrobić coś w kuchni, na przykład. Żeby nie było, że zostawiam ich samych w domu. Jeszcze ktoś życzliwy przeczyta i odpowiednie służby na nas naśle. Po urlopie męża właściwego pozostało jedynie wspomnienie. A że mieliśmy, aż 2 wesela w tym czasie, to nie do końca był to dla nas wypoczynek. Teraz zabrał starszaka na plac zabaw, to może mój Brzdąc pozwoli mi sklecić te parę zdań.

Z nowości, to po krucjacie nocnikowej, Bączysław załapał w try-miga o co biega z tym całym sprzętem i robi siku i to drugie bez problemu. Woła: nocnik! nocnik! Nauczył się także podlewać drzewka i krzaczki, a także trawkę, więc na spacerkach też nie mamy już problemu. Ufff. 

DOTYK, KTÓRY BOLI.

Nie jest to „zły dotyk”. Choć podtytuł mógłby to sugerować. 

Mój starszy synek nie przepada za obcymi ludźmi, wręcz nie lubi obcych. Dłuższy czas zajmuje mu przekonanie się do nowej osoby, potrzebuje dystansu i przestrzeni. Chce sam dać sobie z nową sytuacją radę i nie potrzebuje, by ktoś mu to ułatwiał – czyt. naciskał, przymilał się na siłę, zagadywał. Wtedy jest gorzej, bardziej się w sobie zamyka i panikuje, przysłowiowo chowa się za moją spódnicą.

Najgorzej jest z ludźmi przypadkowo spotkanymi na spacerach. O co chodzi z tym dotykaniem? Po kiego licha, obcy facet lub kobieta podchodzi do mojego dziecka, które widzi po raz pierwszy na oczy i chce go głaskać po głowie, dotykać w rączkę, czasem wręcz łapać w rozłożone ramiona. Dlaczego? To ma być wyraz sympatii dla mojego 2,5-latka? Ale on się tego boi. Boi się obcej osoby, która domaga się od niego potulnego poddania się obcemu dotykowi. I doskonale go rozumiem. Nie chciałabym, by ktoś obcy mnie dotykał. 

Teraz, kiedy na spacerach dodatkowo jest z nami Brzdąc i siłą rzeczy nie zawsze jestem w stanie „ogarnąć” Bączysława, to gro ludzi stara się nam „pomagać”. Niestety ta pomoc nie jest najwłaściwsza. Wolałabym, gdyby ktoś pomógł mi wnieść wózek, przytrzymał drzwi lub po prostu usunął się na bok, a nie próbował na siłę „pomagać” starszakowi. On jest rozsądny i całkiem sprawny fizycznie. Naprawdę umie wejść i zejść ze schodów, umie iść w ślad za mną, słucha i jest zrównoważony.

Kiedy proszę, byś nie pomagał/a mojemu dziecku zejść ze schodów, kiedy proszę byś go nie dotykał/a, nie podnosił/a, nie starał/a łapać go za rękę, nie przesuwał/a, a czasem nawet nie mówił/a bezpośrednio do niego kucając na wysokości jego twarzy, to uszanuj to! Zastosuj się do moich próśb i wskazówek. Ja najlepiej wiem, co jest dla mojego dziecka najlepsze. 

To nie są fanaberie. Moje dziecko jest odrębną istotą, małym człowiekiem i chcę, by było traktowane z szacunkiem. Nie lubi dotyku obcych, boi się ich zachowań, nie za bardzo wie, co się po nich spodziewać. Takim jest dzieckiem. Nieufnym i zdystansowanym. Wyrośnie z tego, albo i nie. Zmuszanie go na siłę do poddania się, nie jest właściwą drogą. Pozwólmy mu dorastać w jego własnym tempie.

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , , | 12 komentarzy

Cyc-story.

Miałam o tym nie pisać, bo to temat namiętnie eksploatowany przez „wszystkich”. Począwszy od blogerów, poprzez media społecznościowe, na telewizji śniadaniowej skończywszy. Ostatnie wydarzenia jednak sprawiły, że muszę jednak się wypowiedzieć. O czym będzie? Na pewno nie o filmach porno klasy „c”, tylko o karmieniu piersią. Temat rzeka.

Ci, co czytają moje posty wiedzą, że jestem mamą trójki dzieci. Młodej, Bączysława i Kluski. Karmiłam i karmię piersią. Nie jestem cycową terrorystką, nie nagabuję, nie wywyższam się, nie uznaję, że jestem lepsza, bo karmię piersią. Natomiast uważam, że natura wyposażyła nas w te dwie interesujące części ciała, nie tylko po to, by stały się pociechą i radością naszych facetów, tudzież babek. Piersi są również po to, by w miarę możliwości dać pokarm naszym dzieciom. O zaletach kobiecego mleka nie będę się rozpisywać. Każdy może we własnym zakresie sprawdzić, co na ten temat piszą fachowcy. Chcę porozmawiać o czymś innym. O podstawach. Bo wydaje mi się, że w naszym państwie brakuje podstawowych informacji na temat karmienia piersią i laktacji.

Ostatnio „spotkałam się” z trzema sytuacjami:

1. Moja o 10 lat młodsza kuzynka 3 miesiące temu urodziła syna. Nie utrzymujemy stałego kontaktu, raczej sporadycznie się spotykamy. Nasze mamy są ze sobą nieco bliżej i zdecydowanie częściej rozmawiają. I w jednej z takich rozmów padł temat karmienia piersią. Moja kuzynka ma podstawowe problemy z karmieniem, typu pękające brodawki, bolesność piersi. Dodatkowo popełnia błąd, ponieważ wprowadziła od czasu porodu system karmienia, co 3 godziny. Nikt jej nie powiedział, że karmi się na żądanie i co taki termin oznacza w praktyce. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że dziecko może żądać piersi częściej i powinna mu ją wtedy podać. Dziecko nie przybiera na wadze, płacze, ulewa, bo gdy już przyssie się po tych 3 godzinach to jest takie głodne, że połyka za dużo powietrza i nie potrafi sobie spokojnie pojeść. I tu pytanie, gdzie są położne? Gdzie pediatra, który powinien dziewczynę uświadomić? Dlaczego nie ma podstawowej wiedzy? Dlaczego podejmując świadomą decyzję o karmieniu piersią, nie zainteresowała się tematem?

Kiedy po porodzie Kluska nie przybierał na wadzie i nie chcieli nas wypuścić ze szpitala to słyszałam tylko: dokarmiać! dokarmiać! I pewnie gdybym była zielona tak właśnie bym postąpiła. Ale karmiłam wcześniej już dwoje dzieci i wiedziałam, że jestem w stanie to robić. Poza tym nie wyobrażałam sobie karmienia butelką, skoro w moich piersiach było mleko. Poszłam do położnej i zapytałam, co mam robić. Kazała karmić dziecko, co 1,5 godziny licząc od rozpoczęcia karmienia. W praktyce oznaczało to, że jeśli Kluska ssał godzinę, to ponownie musiałam przystawić go za 30 minut. Nie powiem, to była droga przez mękę, ale przyniosła rezultaty.

2. Spotykam sąsiadkę, której wnuczek jest starszy od Zapaśnika o niecały miesiąc. Gadka szmatka, jak tam wnuczek. Chwali, że duży i śliczny. Pytam, czy synowa karmi piersią. „Ależ skąd! Już dawno przestała. Mały je już kaszki i zupki.”

Dlaczego przestała karmić? Nie słyszała o zaleceniach WHO o kontynuowaniu karmienia do końca 2 roku życia? I niech mi nikt nie mówi, że po powrocie do pracy nie da się karmić. Kuzynka męża (pani prawnik notabene) nadal karmi piersią, chociaż jej synek skończył 18 miesięcy a ona od roku ponownie pracuje. Chcieć, to móc.

3. Najbardziej dobijająca sytuacja. Synowa mojej bliskiej koleżanki kilka dni temu urodziła córkę. Pierwszy poród, w dodatku długotrwały, zmęczona, zniechęcona, obolała. Karmienie potraktowała, jako coś okropnego. Jako coś nienaturalnego. Brak wsparcia ze strony położnych i lekarzy w szpitalu odebrał jej szansę na naturalne karmienie. Dodatkowo moja koleżanka zamiast namówić ją, by spróbowała jednak, stwierdziła, że przecież jej synowie byli karmieni butelką i są zdrowi. Po co ma się dziewczyna męczyć. „Lato idzie, będzie uwiązana w domu, z dzieckiem cały czas przy cycu, zamęczy się. Po co?”

Moje argumenty trafiły w próżnię. Bardzo źle się z tym poczułam. Czy naprawdę zmierzamy do tego, by wszelkie naturalne instynkty powyrywać z korzeniami? Czy w nowoczesnym społeczeństwie nie będzie miejsca na odrobinę poświęcenia? Czy wszystko będziemy zastępować erzacami? W jakim kierunku zmierza ludzkość?

Po tym ostatnim wydarzeniu postanowiłam jednak napisać o swoim punkcie widzenia. Karmię piersią, bo chcę zafundować mojemu dziecku wszystko, co najlepsze. Nie czuję się uwiązana, skazana, zniewolona. Nie czuję się lepsza od tych, które nie karmią piersią. Bo nie wszystkie mogą. Ale nie rozumiem odrzucenia naturalnego porządku rzeczy. W imię czego? Wygody? Możliwości wyjścia z domu, bez uprzedniego zabezpieczenia dziecka w mleko? Picia alkoholu? Głupoty?

Karmiłam piersią, karmię piersią, będę karmiła piersią. To moja własna cyc-story.

Opublikowano Matka samo zło | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

Pożeracz czasu.

Wybaczcie, że tak rzadko się odzywam, ale piękna pogoda ograbiła mnie zupełnie z wolnego czasu. Kto by pomyślał? Zbyt długo siedzę z dzieciakami na dworze/polu, by mieć choć chwilę na pisanie. Może powinnam wywlec „lapka” na ławkę na placu zabaw. Byłby ubaw. Takiej matki to jeszcze nie widziałam… Książka, komórka… to tak, ale laptop? Hmmm… Zrobię test ;-)

Ogólnie u nas wszystko układa się wspaniale. Najlepsze jest to, że rok szkolny się kończy i odetchnę z ulgą, gdy Młoda przestanie chodzić do szkoły. Mały zapaśnik skończył 6 miesięcy i wyszły mu 2 ząbki, z których chętnie korzysta. Bączysław nadal w fazie „odkrywcy” i „zosi-samosi”. Mąż właściwy na brak nudy nie narzeka. Ja też trzymam się w pionie i myślę o chwili, kiedy będę mogła napisać coś więcej.

Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie z dna otchłani, zwanej rodzicielstwem.

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , , | Skomentuj

Szał ciał.

Oj, ciepło, ciepło. No, ok. Może nie dzisiaj, ale ostatnie dni były dość gorące. W związku z tym obserwuję wiele nagości naokoło. Oj, dzieje się, dzieje. Nie mówię tu o krótkich spódniczkach, bądź spodenkach, ale o prawdziwej paradzie nagości. I to nie tylko w sytuacji, kiedy matka pochyla się nad dzieckiem, by wysypać mu piasek z butów i (jak podejrzewam to sama już kilka razy tak zrobiłam) pokazuje majtki. Codziennie wędrujemy z dzieciakami w różnych kierunkach i co się naoglądam to moje. Na balkonach prężą swe mięśnie piwne panowie w słusznych latach. Pokazują to, czego nie chciałabym widzieć. Tu i ówdzie paradują w zlatujących z tyłka spodenkach. Masakra. Gdyby to jeszcze sami ordże Kluneje byli, to nie narzekałabym. Oj nie. Z przyjemnością chodziłabym w tę i z powrotem. Ale niestety, jak to się ostatnio przyjęło mówić – to same leśne dziadki są. A fuj… Ale to i tak mało. Okazało się, że w babciach moherowych drzemią prawdziwe skandalistki, które pokazują swe wdzięki w całej okazałości. Żeby nie było niedomówień, czas siermiężnych biustonoszy pokazywanych w oknach, tudzież na balkonach, minął. Teraz królują miss toples – klasa wiekowa 65+. Nie wspomnę, gdzie im się kończą biusty.

A tu wszem i wobec wielka nagonka na karmienie piersią w miejscach publicznych… Ludzie mają chyba jakieś spaczone gusty. Ja po stokroć wolę matkę karmiącą swe dziecko niż spalone słońcem, pomarszczone balony paniusi w wieku mojej mamy. I to nie na plaży naturystów, tylko na balkonie. W środku miasta. Najlepsze są te z parteru. Wszystko widać, jak na dłoni. I to wcale nie trzeba się specjalnie przyglądać. Wystarczy nie zamykać oczu. Czy to jakaś nowa moda? Będzie się to plenić? :O

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , , , , | Skomentuj

„Krwawa miazga” w lisiej tv.

Dziś będzie o zjawiskach przyziemnych.

Przechodzę jakąś wiosenną depresję. Może słowo depresja jest na wyrost, ale zniżkę sił, szczególnie tych psychicznych, zanotowałam dość sporą. I w dodatku wczoraj w moim ulubionym serialu (a dokładniej – jedynym, jaki oglądam)*, zabili jednego z głównych bohaterów. A niech ich gęś kopnie!

Uwaga, spoilery Grey’s Anatomy!

Uśmiercili na moich oczach Dereka Shepherda! Zmiażdżyli mnie totalnie! Złamali mi serce, pocięli je na plasterki! Rozbili moją ukochaną parę. Przecież oni byli, jak mityczna Brandżelina, albo i lepiej! Bo w filmie.

W dobie zimnych statystyk, kiedy zewsząd dopadają nas smutne liczby: „jedno na dwa małżeństwa, zawierane dzisiaj nie przetrwa próby czasu” itp., każda z nas chce widzieć szczęśliwą parę, szczęśliwe małżeństwo, które pomimo burz jest razem. Chcemy patrzeć na tego ślicznego faceta, który pomimo rozmaitych pokus, trwa u boku ślicznej kobiety. Który całowany przez piękną koleżankę z pracy, woła: „Hola! Jestem żonaty! Kocham moją żonę! Idź precz wstrętna maszkaro!” No, chcemy to słyszeć! Dobrze, jak mamy takiego przystojniaka u siebie w domu i patrzymy mu w oczy codziennie i czytamy w nich miłość do grobowej deski, ale jeśli nie mamy, to tym chętniej popatrzymy na niego w telewizorni wieczorową porą.

A tu taki szok! Miazga totalna. Uroniłam wiele łez, na które Młoda z należytą sobie delikatnością zareagowała: „Przecież to film, mamo!”

Film, film… Może i film. Ale łamiący moje nadwyrężone wiosenną depresją serce.

Dla chętnych, którzy wczoraj nie widzieli –  fragment odcinka 11×21

*Ok, ok, oglądam jeszcze „Games of thrones”, ale tam krew leje się w inny sposób :-)

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , , , | Skomentuj

Taka niania to skarb.

Taka niania to skarb. Jestem przekonana, że rodzice tej dziewczynki dokładnie tak pomyśleli. Dziewczynka na oko czteroletnia. Wydawałoby się, że doskonale bawi się z „ciocią”, ale po bliższej obserwacji doszłam do wniosku, że ten obraz jest na wskroś fałszywy.

Ja jestem wyrodną matką. Wsadzam Bączysława do piaskownicy, wrzucam mu zabawki, siadam na ławce i czytam książkę, albo surfuję w sieci (jakieś przestarzałe to określenie). Kiedy potrzeba to zrobię babkę, otrzepię spodnie, wsadzę na huśtawkę, baaa nawet pohuśtam, złapię na zjeżdzalni, ale kiedy nie trzeba, to pozwalam synowi na własną kreatywność. Bączysław raczej bawi się statycznie (i statecznie). Siedzi w piaskownicy cały szczęśliwy i grzebie. Robi babki, wyciska foremki w mokrym piachu, ładuje do ciężarówki, kopie doły i buduje kopce, szumnie zwane zamkami. Jak mu się znudzi, to woła, mamo …* (wstaw odpowiednio) – huśtawka, zjeżdżalnia, konik, rakieta itp. Więc zwlekam się z ławki i idę. No chyba, że Kluska nie śpi i siedzi mi na kolanach, to wtedy jest trudniej, musimy wówczas ćwiczyć się w ekwilibrystyce. Ale ogólnie daję mojemu dziecku – uwaga – pobawić się.

A ta niania-cud, cóż… bawi się za dziecko.

- O tak zbudujemy zamek – i rach ciach zamek gotowy – rękami niani – o i baba jest, tak właśnie, jeszcze raz, patrz jaka baba! Jeszcze jedną chcesz? O już baba, patrz jaki konik, o chodź zrobimy tort, a tu masz świeczki – rach ciach tort i świeczki zrobione – rękami niani – i tak przez 45 minut (tylko tyle wytrzymałam z upiorną nianią). Wszystko robiła sama, dziewczynka starała się coś tam pogrzebać w piachu, ale „ciocia” nie dawała jej okazji do wykazania się. Wciąż tylko słyszałam, że ona zrobi, ona sama. Zupełnie, jak mała dziewczynka tyle, że na wyścigi ze swoją podopieczną. Ale to dziecko i tak miało anielską cierpliwość do swej niani. Ja tak nie dałabym rady. To dyrygowanie, nie pozwalanie na samodzielną zabawę, nie dopuszczanie do słowa… Masakra! Do teraz dźwięczy mi w głowie jazgot niani, która wszystko mega głośno komentowała, pokazywała wszem i wobec, jak wspaniale potrafi się bawić w piaskownicy. Tylko, co z dzieckiem? Czy to dziecko miało z tej zabawy jakąkolwiek frajdę? Podejrzewam, że w domu oddychało swobodniej, gdy tylko za nianią drzwi się zamykały i dziecko w końcu mogło się pobawić. Samodzielnie. Nie rękami niani.

Mam uraz. Teraz, gdy widzę tą panią z daleka, mam nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, przyjść się „pobawić” na plac zabaw, na którym jesteśmy. Jestem zwarta i gotowa do natychmiastowej ewakuacji.

Broń nas panie Boże od takich skarbów!

Opublikowano Codzienność | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

Urodziny, urodziny.

Dzisiejszy wpis powinien składać się z samych wykrzykników! Ale wtedy nie mielibyście pojęcia, o czym opowiadam. 

W piątek Młoda pojechała na piżama-party do koleżanki ze szkoły. Poza Kraków. Ponieważ nie był to pierwszy raz, więc byłam spokojna. W końcu miała mieć zapewnioną opiekę osób dorosłych. Przyjęcie urodzinowe było zaplanowane od 18.40 do 11.00, następnego dnia. Transport w obie strony zapewniony. (Tak widniało na zaproszeniu).

Młoda wróciła spóźniona jakieś 40 minut i już mnie wkurzyła, bo zaplanowaliśmy wyjazd na wieś. Pogoda była piękna. I nie chciałam tracić ani chwili. Kto z Was zagląda na moją stronę na fb to na pewno widział zdjęcia (czereśnia kwitnie obłędnie – już wiem, co myślała Ania z Zielonego Wzgórza, wyglądając przez okno swej facjatki wychodzące na oszałamiającą Królową Śniegu). Ale do rzeczy! Dziś będzie o niefrasobliwości, a może nawet używając grubszego słowa – głupocie dorosłych.

Moja Młoda wbrew pozorom, nie jest jeszcze niesforną szesnastolatką, ma tylko 12 lat. Zaczęło się od tego, że pojechały na urodziny samochodem osobowym – 5 dziewczynek i 2 osoby dorosłe. W pięcioosobowym samochodzie! Tatuś stwierdził, by usiadły sobie na kolanach (sic!) „A pasy? Nie, pasów nie trzeba zapinać!” 20 kilometrów, jedna na drugiej, bez pasów – zimny mnie pot oblewa, gdy o tym myślę. Powiedzcie mi, że jestem głupia, histeryczka, przewrażliwiona. Że nie mam czym się przejmować. Że w sumie to nic takiego, w końcu szczęśliwie dojechały i nikomu nic się nie stało. No, powiedzcie mi, bo cholera mnie bierze! Nie brałam takiego scenariusza pod uwagę, bo rok temu tatuś przyjechał po dziewczynki busem. I było wszystko w porządku. Myślałam, że tym razem też tak będzie. Urodziny, jak urodziny. Podobno nic specjalnego. Dużo słodyczy, przekąsek, słodkich napojów, do zemdlenia (nie żeby tak od razu zemdleć, ale żeby mogło cię porządnie zemdlić). Nie wiem, co złego byłoby w kolacji na takim przyjęciu. Przecież można byłoby ją podać w jakiejś bardziej wyszukanej formie, bardziej fantazyjnie. Ale to trzeba chcieć. Jadąc po najmniejszej linii oporu wystarczy nakupić chipsów, ciastek, coli, solonych orzeszków, lodów i mieć poczucie, że jest się cool-rodzicem! A do tego kolorowy tort z cukierni. Wkurza mnie takie traktowanie dzieci, zupełnie jakby były śmietnikami. Młoda przewrażliwiona, bo panicznie boi się bólu brzucha, jadła mało i w rezultacie była głodna.

Ale przechodzimy do clou programu, rzeczy, która rozwścieczyła mnie najbardziej. Omal nie oplułam rodziców koleżanki przez telefon. Mamusi trochę się oberwało, a ona nie była niczemu winna. No może temu, że kiedyś wyszła za takiego idiotę, ale później się zrehabilitowała, bo się z nim rozwiodła. Tak, wiem, jestem wredna. Złośliwa. Na maxa. Dziewczynki przed powrotem do domów postanowiły oglądnąć horror i to nie byle jaki: Piła, część trzecia. To znaczy 2 chciały oglądać, reszta została zmuszona. Młoda, tak jak i ja nie znosi się bać. Mówiła, że starała się nie patrzeć, śpiewała, by nie słyszeć krzyków dobiegających z ekranu, ale to nie pomogło. Oczywiście wiedziona ciekawością parę razy zerknęła. I ma teraz przekichane na całej linii. Wyobraźnia pracuje. Boi się, że zamaskowany psychopata zaczai się na nią i… 

Oczywiście jubilatka oświadczyła, że Młoda jest głupia, że nie chce oglądać, w ogóle jest głupia i lubi głupie rzeczy. Argumentacji brak.

Nie będę rozpisywać się na temat tego, jaką wątpliwą wartość prezentuje ten typ kina. Jak dusi wrażliwość i delikatną psychikę dziecka. Jakie nieodwracalne zmiany mogą w zajść w dziecku po takim seansie.

Jestem wściekła na opiekunów jubilatki. Nie opiekowali się dziećmi, nawet nie zaglądali, by zobaczyć, co dziewczynki robią. Puścili je w samopas. Taki typ człowieka. Pasy? A po co? Horror dla dwunastolatki? Jasne, spoko. Jestem cool. Super-tatuś. Pozwalam na wszystko. Jestem mega-rodzicem.

Wywaliłam kawał żółci przez telefon. Tatuś obiecał mieć na uwadze, co dziecko ogląda, ale ton jego głosu sprawił, że nie do końca mu wierzę. A jubilatka skłamała na temat tego, co oglądali. Cóż jaki pan, taki kram. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Jestem wkurzona na niefrasobliwość, na głupotę, na takie zachowanie! Ja sobie żyły wypruwam, by wychować mądrego człowieka, a tu taki błazen psuje mi robotę.

Jestem przewrażliwiona, matka-wariatka, epitetów całą gamę możecie tu wpisać… Ale ja pasy zapinam i horrorów oglądać nie pozwolę. A nawet kanapkę z serem zrobię, jak dziecko głodne! I tyle!

Opublikowano Młoda | Otagowano , , , , , , | 3 komentarzy